„Nie dotykaj mojej twarzy, Bartek” — historia o wąsiku, wstydzie i tym, jak w Polsce kobieta ma być zawsze „zrobiona”

— Co to jest? — Bartek zatrzymał palce tuż pod moim nosem, jakby chciał dotknąć, ale się bał. Stał w progu łazienki, w koszuli jeszcze z metką, bo „nie zdążył odpruć”, i patrzył na mnie tak, jak patrzy się na plamę na białej ścianie: niby nic, a jednak nie da się odwrócić wzroku.

Zamarłam z jedną ręką na suszarce, drugą na policzku. W lustrze widziałam siebie: rozgrzaną, spoconą, z podkładem, który zaczynał się wałkować na nosie, i z tym jednym, cholernym szczegółem nad górną wargą. Wąsik. Nie jakiś filmowy, śmieszny, tylko mój, prawdziwy, uparty, który potrafił wyjść na światło dzienne dokładnie wtedy, kiedy najbardziej chciałam być „idealna”.

— Co? — udałam głupią, choć serce waliło mi jak młotem. — Masz coś na koszuli.

— Nie, nie… — Bartek zmrużył oczy. — Tu. Nad ustami. To… to jest…?

W głowie miałam pustkę, a jednocześnie tysiąc myśli naraz. Że przecież dziś miało być nasze pierwsze „poważne” wyjście, kolacja w tej nowej knajpie na Kazimierzu, gdzie kelnerzy mówią „dzień dobry” jakby byli w teatrze. Że ja od dwóch godzin biegam po mieszkaniu jak wariatka: prysznic, peeling, balsam, krem pod oczy, baza, podkład, korektor, puder, róż, rozświetlacz, kreska, tusz, brwi, usta. Że w międzyczasie prasowałam sukienkę, bo w Polsce nawet randka ma wyglądać jak egzamin. Że miałam jeszcze zrobić depilację kremem, tylko zadzwoniła mama, potem sąsiadka z dołu przyszła pożyczyć cukier, a ja… ja po prostu zapomniałam.

— To jest… — przełknęłam ślinę. — To jest znak seksualności.

Powiedziałam to tak szybko, że sama się zdziwiłam, skąd mi się to wzięło. Bartek parsknął śmiechem, ale w jego śmiechu było coś nerwowego.

— Seksualności? — powtórzył. — Aż tak długi znak?

I wtedy, zamiast się rozpłakać, też się roześmiałam. Śmiałam się głośno, za głośno, jak ktoś, kto próbuje zagłuszyć własny wstyd. Bartek podszedł bliżej, objął mnie w pasie.

— Ej, nie spinaj się — powiedział ciszej. — Po prostu mnie zaskoczyło. Myślałem, że… no wiesz.

„Że kobiety nie mają włosów” — dopowiedziałam w myślach. Że kobiety w Polsce są jak reklama: gładkie, pachnące, zawsze gotowe. Że nawet jak wracają z nocnej zmiany w aptece, to mają mieć rzęsy i uśmiech. Że jak mają wąsik, to tylko w żartach.

Wyszliśmy wtedy na tę kolację, a ja przez cały wieczór czułam, jakby nad moją wargą świeciła neonowa tablica. Kelner pytał o wino, a ja myślałam o wąsiku. Bartek opowiadał o pracy w IT, o tym, że „znowu sprinty”, a ja myślałam o wąsiku. W pewnym momencie nachylił się do mnie i szepnął:

— Wiesz co? To jest nawet… urocze.

— Urocze? — syknęłam. — Bartek, nie mów tak.

— No co? — wzruszył ramionami. — Przecież to nic.

„Nic” potrafiło mnie zniszczyć bardziej niż „coś”. Bo „nic” znaczyło: przesadzasz, wymyślasz, dramatyzujesz. A ja nie dramatyzowałam. Ja żyłam w świecie, w którym kobieta ma być zawsze „zadbana”, a „zadbana” znaczy: wydepilowana, wyregulowana, wygładzona, wyciszona.

W domu było jeszcze gorzej. Mieszkałam wtedy z mamą, Bożeną, w bloku z wielkiej płyty na obrzeżach Krakowa. Mama była kobietą, która całe życie słyszała, że „trzeba wyglądać”, bo inaczej „ludzie będą gadać”. I ludzie gadali. O wszystkim.

Kiedy wróciłam po tej randce, mama siedziała w kuchni, w szlafroku, z herbatą w szklance w metalowym koszyczku, jakby czas się zatrzymał w latach dziewięćdziesiątych.

— I jak było? — zapytała, ale zanim odpowiedziałam, zmrużyła oczy. — A ty czemu masz takie… coś nad ustami?

Zamarłam. To było jak powtórka z łazienki, tylko bez śmiechu.

— Mamo, daj spokój.

— Ja ci daję spokój, ale chłop ci spokoju nie da — powiedziała z tą swoją „mądrością życiową”, która zawsze brzmiała jak wyrok. — Bo potem będzie mówił, że się zaniedbałaś. A jak się zaniedbałaś, to znaczy, że już mu nie zależy. A jak mu nie zależy, to pójdzie do innej.

— Mamo, to jest wąsik. Włosy. Normalne.

— Normalne? — prychnęła. — Normalne to jest u chłopa. U kobiety to jest… no wiesz.

Nie wiedziałam. A raczej wiedziałam aż za dobrze: „niechlujne”, „brzydkie”, „wstyd”. Mama mówiła to wszystko jednym spojrzeniem.

W nocy poszłam do łazienki i wyciągnęłam z szafki krem do depilacji. Ten, który pachniał chemicznie, jakby obiecywał cud za cenę pieczenia. Na opakowaniu była uśmiechnięta kobieta, gładka jak porcelana. Nałożyłam krem, patrząc w lustro, i nagle poczułam złość. Nie na włosy. Na siebie, że się boję. Na mamę, że mnie nauczyła się bać. Na świat, że robi z tego temat.

Przetrzymałam za długo. Bo chciałam, żeby zniknęło „na zawsze”. Jakby to było możliwe.

Rano obudziłam się z czerwonym, spuchniętym paskiem skóry nad ustami. Wyglądałam, jakbym dostała w twarz. Pieczenie było takie, że łzy same leciały.

— No i widzisz! — mama weszła do łazienki bez pukania, jak zawsze. — Mówiłam, żebyś uważała. Teraz to dopiero będzie wstyd.

Odwołałam spotkanie z Bartkiem. Napisałam, że jestem chora. Nie skłamałam. Byłam chora na wstyd.

W pracy też nie było lekko. Pracowałam w drogerii w galerii handlowej, tej, gdzie zawsze jest przeciąg i zapach perfum miesza się z zapachem frytek. Sprzedawałam kobietom kremy na cellulit, serum na zmarszczki, maski „na blask”, jakby blask był obowiązkiem. Moja kierowniczka, Iwona, miała zawsze idealny manicure i uśmiech, który nie docierał do oczu.

— Anka, pamiętaj, że my tu sprzedajemy piękno — powiedziała mi kiedyś, kiedy zobaczyła, że mam odrosty. — Klientka musi widzieć, że ty wierzysz w to, co sprzedajesz.

Chciałam jej odpowiedzieć: „A może sprzedajemy strach?”, ale ugryzłam się w język. Bo w Polsce rachunki nie płacą się odważnymi zdaniami.

Któregoś dnia przyszła do nas dziewczyna, może osiemnaście lat, z mamą. Dziewczyna miała ciemny meszek nad ustami, taki jak ja. Stała przy półce z woskami do depilacji i patrzyła na nie jak na narzędzia tortur.

— Proszę pani — odezwała się jej mama do mnie, głośno, żeby wszyscy słyszeli. — Co jest najlepsze na takie… no… wąsy? Bo ona ma i ja już nie mogę patrzeć.

Dziewczyna spuściła głowę. Zobaczyłam w niej siebie sprzed lat. Poczułam, jak coś we mnie pęka.

— Najlepsze? — powtórzyłam spokojnie. — Najlepsze jest to, co pani córka wybierze, jeśli w ogóle chce coś wybierać.

Mama dziewczyny zmarszczyła brwi.

— Ale to nie wygląda…

— To są włosy — przerwałam jej. — Każdy je ma. Jedni jaśniejsze, inni ciemniejsze. Jeśli pani córka chce je usuwać, pokażę delikatne metody. Ale proszę jej nie zawstydzać.

W sklepie zrobiło się cicho. Iwona spojrzała na mnie z końca alejki, jakby już układała w głowie reprymendę. Dziewczyna podniosła wzrok. Miała łzy w oczach.

— Ja… ja nie wiem — wyszeptała.

— To nie musisz wiedzieć dziś — powiedziałam. — Masz czas.

Po pracy Iwona wezwała mnie na zaplecze.

— Co ty wyprawiasz? — syknęła. — Klientka ma kupić produkt, a nie wykład o akceptacji.

— A może klientka ma przestać się bać? — odpowiedziałam, zanim zdążyłam się ugryźć.

Iwona prychnęła.

— Idealistka. Życie cię nauczy.

Życie już mnie uczyło. Uczyło mnie, że kobieta ma być miła, gładka i cicha. A ja byłam coraz mniej cicha.

Z Bartkiem było jak na huśtawce. Raz mówił, że mu to nie przeszkadza, innym razem rzucał żarty, które miały być „urocze”, a były jak szpilki.

— Nie usuwaj ich — powiedział pewnego wieczoru, kiedy leżeliśmy u niego na kanapie w kawalerce na Ruczaju. — Serio. To mnie kręci.

Podniosłam się na łokciu.

— Bartek, ty mnie słyszysz? Ja przez to płakałam.

— No ale teraz nie musisz — uśmiechnął się. — Zobacz, jaki jestem postępowy.

„Postępowy” — czyli taki, który bierze mój kompleks i robi z niego fetysz. Poczułam obrzydzenie, ale też strach, bo część mnie chciała się tego uczepić: jeśli jemu się podoba, to może nie jest takie straszne? Tylko że ja nie chciałam, żeby moje ciało było negocjowane jak promocja w sklepie.

— Nie chcę, żebyś ty decydował — powiedziałam cicho. — Ani mama. Ani Iwona. Ani nikt.

Bartek przewrócił oczami.

— Znowu dramat.

To słowo wróciło jak bumerang. „Dramat”. Jakby moje emocje były przesadą, a nie reakcją na lata docinków, spojrzeń, „dobrych rad”.

Prawdziwy dramat przyszedł w Wigilię. W Polsce Wigilia to nie tylko kolacja. To sąd rodzinny przy stole, gdzie karp jest świadkiem, a barszcz dowodem.

Siedzieliśmy u cioci Haliny w Nowej Hucie. Był zapach kapusty z grzybami, kompot z suszu i ta specyficzna nerwowość, kiedy wszyscy udają, że się kochają. Bartek przyszedł ze mną, pierwszy raz miał poznać „rodzinę”. Mama była spięta jak struna.

— Anka, idź popraw się w łazience — szepnęła mi, kiedy tylko weszliśmy. — Bo… no wiesz.

— Wiem — odpowiedziałam. — I nie pójdę.

Przy stole ciocia Halina zaczęła od tradycyjnego:

— No, Anka, a kiedy ślub?

Bartek się zaśmiał.

— Najpierw muszę się przyzwyczaić do… — zawiesił głos i spojrzał na mnie znacząco.

Wszyscy spojrzeli. Mama pobladła. Ciocia Halina otworzyła usta.

— Do czego? — zapytała słodko.

Czułam, jak krew uderza mi do głowy. Wąsik nagle stał się publiczny, jakby ktoś zapalił reflektor.

— Do tego, że Anka jest… bardzo naturalna — dokończył Bartek, a potem dodał, jakby to był żart roku: — Taka… z pazurem.

Śmiech przeszedł po stole jak fala. Nie wszyscy się śmiali, ale wystarczyło, że kilku.

Wstałam. Krzesło zaskrzypiało.

— Przestańcie — powiedziałam. Głos mi drżał, ale mówiłam dalej. — To są włosy. To jest moja twarz. Jeśli macie problem z moją twarzą, to jest wasz problem, nie mój.

Mama syknęła:

— Anka, siadaj, nie rób scen.

— Właśnie, że zrobię — odpowiedziałam i spojrzałam na nią. — Bo całe życie mam nie robić scen, tylko robić się na gładko, żeby wam było wygodnie.

Ciocia Halina próbowała ratować sytuację:

— Dziecko, ale my żartujemy…

— Żarty są wtedy, kiedy wszyscy się śmieją — powiedziałam. — A ja się nie śmieję.

Bartek spuścił wzrok. Widziałam, że jest zły, bo „zepsułam Wigilię”. Jakby Wigilia była ważniejsza niż ja.

Wyszłam na klatkę schodową. Było zimno, pachniało czyimś papierosem. Stałam w płaszczu, z rękami w kieszeniach, i nagle poczułam ulgę. Taką czystą, ostrą ulgę, jak pierwszy oddech po długim nurkowaniu.

Mama wyszła za mną po chwili.

— Co ty wyprawiasz? — syknęła. — Ludzie patrzą.

— Niech patrzą — odpowiedziałam. — Ja też patrzę. Na siebie. I pierwszy raz nie chcę odwracać wzroku.

Mama zamilkła. W jej oczach zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam: nie tylko złość, ale i strach. Jakby bała się, że jeśli ja przestanę się wstydzić, to cały jej świat „co ludzie powiedzą” runie.

Po tej Wigilii Bartek zaczął się oddalać. Najpierw rzadziej pisał, potem odwoływał spotkania. W końcu powiedział wprost:

— Ty się zmieniłaś. Kiedyś byłaś taka… łatwiejsza.

„Łatwiejsza” — czyli taka, która przeprasza za to, że istnieje.

— Nie zmieniłam się — odpowiedziałam. — Po prostu przestałam udawać.

Rozstaliśmy się bez wielkiej awantury, ale bolało. Bo mimo wszystko miałam w nim nadzieję, że ktoś mnie wybierze bez warunków. A on wybierał mnie tylko wtedy, kiedy pasowałam do jego żartu.

Z czasem zaczęłam robić rzeczy po swojemu. Czasem usuwałam wąsik, bo miałam ochotę na gładkość. Czasem nie usuwałam, bo nie chciało mi się, bo byłam zmęczona, bo miałam okres, bo życie. I świat się nie zawalił. Największa zmiana była w mojej głowie: przestałam traktować każdy włosek jak dowód winy.

Mama długo milczała na ten temat. Aż pewnego dnia, kiedy siedziałyśmy razem w kuchni, powiedziała cicho:

— Wiesz… ja też miałam. Tylko ja zawsze usuwałam. Bo babcia mi mówiła, że inaczej nikt mnie nie zechce.

Spojrzałam na nią i poczułam, jak ściska mnie w gardle.

— I zechcieli cię? — zapytałam.

Mama uśmiechnęła się smutno.

— Zechcieli. A potem i tak mieli swoje wymagania.

Wtedy zrozumiałam, że to nie jest historia o wąsiku. To jest historia o tym, jak kobiety w Polsce dziedziczą wstyd jak rodzinny serwis do herbaty: przekazywany z pokolenia na pokolenie, niby „dla dobra”, a tak naprawdę ciężki i kruchy.

Dziś, kiedy stoję przed lustrem, czasem widzę ten meszek i myślę o tamtej łazience, o Bartku, o mamie, o Iwonie, o dziewczynie w drogerii. I pytam siebie: ile jeszcze mamy poświęcić czasu, pieniędzy i nerwów, żeby zasłużyć na spokój?

A wy… kiedy ostatni raz przeprosiliście za coś w swoim wyglądzie, choć to świat powinien przeprosić was?