Dziesięć córek i jeden syn: Moje życie w cieniu oczekiwań
– Znowu dziewczynka? – głos teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Siedziałam przy stole, dłonie drżały mi na filiżance herbaty, a za oknem lał listopadowy deszcz. W naszej wsi, w rodzinie Nowaków, wszyscy już wiedzieli: mam dziewięć córek. I właśnie dowiedziałam się, że dziesiąte dziecko też będzie dziewczynką.
Mój mąż, Andrzej, zawsze był powściągliwy w tych sprawach. Kochał nasze córki, ale wieczorami, kiedy siadał obok mnie i patrzył w ogień kominka, czasem tylko rzucał: – Wiesz, ojciec zawsze powtarzał, że prawdziwy chłop to musi mieć syna. – Kiwałam głową, choć serce ściskało mi się z bólu. Czy to moja wina? Czy jestem niewystarczająca?
W sklepie spożywczym pani Basia zawsze pytała z uśmiechem: – No i co, Marysiu, może teraz wreszcie chłopak? – Udawałam, że mnie to nie rusza. Najstarsza córka, Zosia, miała już siedemnaście lat i pomagała mi jak mogła. Pewnego wieczoru przyszła do mnie do kuchni, gdy kąpałam młodsze siostry:
– Mamo, dlaczego wszyscy chcą chłopca? Czy my nie jesteśmy wystarczająco dobre?
Wtedy po raz pierwszy naprawdę się rozpłakałam. Nie umiałam jej odpowiedzieć.
W ciąży z dziesiątym dzieckiem presja rosła z każdym dniem. Teściowa coraz częściej przynosiła stare zdjęcia rodzinne:
– Popatrz tylko, tu jest Andrzejowy dziadek. Jaki był dumny z synów! – mówiła z naciskiem.
Czułam się jak aktorka w przedstawieniu, które ktoś inny napisał. Nawet lekarz podczas USG rzucił pół żartem:
– Może tym razem się uda.
Ale co jeśli nie? Co jeśli znów będzie dziewczynka? Noce spędzałam na przewracaniu się z boku na bok. Andrzej czasem głaskał mój brzuch:
– Nieważne kto się urodzi, będę kochał – mówił cicho. Ale w jego głosie słyszałam cień zawodu.
Dziewczynki były podekscytowane nowym rodzeństwem. Najmłodsza, Hania, codziennie rano tuliła się do mnie:
– Mamusiu, oby to była siostrzyczka! Chcę jeszcze jedną!
Uśmiechałam się do niej przez łzy.
W dzień ujawnienia płci dziecka cała rodzina zebrała się u nas. Teściowa przyniosła sernik, teść siedział milcząco w kącie. Zosia i reszta dziewczynek czekały z niecierpliwością. Odpowiedź kryła się w środku tortu. Gdy go przekroiłam, wszyscy wstrzymali oddech.
Niebieski krem. Chłopiec.
Przez chwilę zapadła cisza. Teściowa wykrzyknęła: – Nareszcie! Andrzej rozpromienił się jak nigdy dotąd. Ale ja poczułam dziwną pustkę. Jakby cała moja wartość zależała od tego jednego koloru kremu. Dziewczynki stały osłupiałe, Hania zaczęła płakać.
Wieczorem Zosia weszła do mojego pokoju:
– Mamo… czy teraz wszyscy będą szczęśliwi?
Nie umiałam odpowiedzieć. Przytuliłam ją mocno.
Przez kolejne tygodnie wszyscy składali mi gratulacje. We wsi patrzono na mnie jak na bohaterkę. Ale ja czułam się tylko matką – matką dziesięciorga dzieci, które kocham tak samo.
Syn urodził się w mroźny styczniowy poranek. Andrzej trzymał go na rękach z dumą, teściowa płakała ze szczęścia. Ale gdy zostałam sama w szpitalnej sali, myśli wróciły jak bumerang: ile łez wylałam przez te lata? Ile razy czułam się gorsza tylko dlatego, że rodziłam córki?
Teraz mam syna. Ale czy to naprawdę zmienia wszystko? Czy naprawdę matka powinna dźwigać taki ciężar oczekiwań tylko dlatego, że jej dzieci są dziewczynkami?
Czy naprawdę liczy się tylko płeć dziecka? A może najważniejsze jest to, że kochamy je wszystkie tak samo? Co wy o tym myślicie?