W dniu, w którym miałam powiedzieć „tak”, Wojtek wprowadził do naszego mieszkania inną kobietę
— Kasia, otwórz. — Głos Wojtka był dziwnie spokojny, jakby prosił o sól do zupy, a nie o coś, co miało mi rozciąć życie na pół.
Stałam w białej sukience przed lustrem. Kupiona za grosze na przecenie, w pośpiechu. Koronki, które wybierałam z zaciśniętymi powiekami, teraz wyglądały… tanio. Przełknęłam ślinę.
— Byle ci się podobała — powiedziałam do własnego odbicia i poprawiłam ramiączko.
Dzwonek jeszcze raz. Natarczywie.
Otworzyłam.
Wojtek stał w progu z walizką w ręku. Obok niego drobna dziewczyna w czarnym płaszczu. Blond włosy, za młoda, żeby mieć taki chłodny wzrok. Wciągnęła powietrze, jakby oceniała zapach mojego mieszkania.
— To Ania — powiedział Wojtek. — Będzie z nami mieszkać.
Poczułam, jak sukienka nagle robi się ciężka, jakby nasiąkła wodą.
— Co? — wydusiłam.
— Nie rób scen. Dzisiaj mamy ślub. — Nawet nie spojrzał na mnie, tylko na wieszak w przedpokoju. — Ania nie ma gdzie iść. A ja… ja też mam dość ciągłego marudzenia.
Ania uniosła brwi.
— Ja nie chcę problemów — powiedziała cicho. — Po prostu Wojtek mówił, że… że się dogadacie.
— Dogadamy? — zaśmiałam się krótko, aż mnie zabolało gardło. — Wojtek, ja mam za godzinę iść do kościoła. Ja mam powiedzieć „tak”. W tej sukience.
Wojtek wzruszył ramionami.
— To powiedz. Co ci szkodzi? Papier to papier. Ludzie się rozejdą, będzie obiad, zdjęcia, mama się uspokoi.
Mama. Wystarczyło to słowo, żebym poczuła na karku jej rękę. Jej głos: „Kasia, nie wygłupiaj się. Co ludzie powiedzą? Tyle już wydane. Ksiądz zamówiony. Rodzina zjechała. Wojtek to dobry chłopak, tylko ma swój charakter.”
Wojtek przesunął walizkę po podłodze.
— Ania, zostaw rzeczy w sypialni — rzucił.
— W… której? — zapytałam.
Zatrzymał się i w końcu spojrzał mi w oczy.
— No nie przesadzaj. W naszej. Przecież i tak tam śpisz sama, bo „boli cię głowa”.
Ania minęła mnie w korytarzu. Jej perfumy uderzyły mnie w twarz. Zatrzymała się na sekundę.
— Przepraszam — szepnęła, ale w jej głosie nie było przeprosin. Raczej ulga, że to nie ona stoi w tej białej sukience.
Coś we mnie pękło. Nie cicho. Głośno.
— Wyjdźcie — powiedziałam.
Wojtek parsknął.
— Nie rób dramatu. Kasia, zachowuj się jak dorosła.
— To mój dom — powiedziałam i poczułam, że drżą mi ręce. — To moje życie. I nie będziesz mi tu urządzał… tego.
— Twój? — Wojtek podszedł bliżej. — A kto płaci rachunki? Kto załatwił kredyt? Kto cię wyciągnął z tej twojej pracy za grosze?
Z kuchni dobiegł trzask szuflady. Ania już się rozpakowywała.
Telefon zawibrował. Mama.
Odebrałam.
— Kasia, gdzie ty jesteś? Fryzjerka czeka. — Jej głos był jak komenda.
Spojrzałam na Wojtka. On patrzył na mnie z tym swoim spokojem, pewnym siebie. Jakby to było przesądzone.
— Mamo — powiedziałam. — Wojtek przyprowadził kobietę. Mówi, że ma z nami mieszkać.
Cisza. Sekunda. Dwie.
— Kasia… nie teraz — syknęła. — Nie wymyślaj. Ludzie już jadą.
— To nie jest wymysł.
— To pewnie jakaś koleżanka. — Mama przyspieszyła, jak zawsze, gdy bała się prawdy. — Zrób swoje. Później sobie pogadacie.
Wojtek wyciągnął rękę po telefon.
— Daj, ja jej wytłumaczę — powiedział.
Cofnęłam się.
— Nie dotykaj.
— Kasia, przestań. — Jego głos stwardniał. — Wsiadasz do auta i jedziemy.
Wtedy usłyszałam, jak Ania śmieje się w sypialni. Krótko. Jakby znalazła coś zabawnego w moich rzeczach.
— Mamo — powiedziałam do słuchawki, ale tak, żeby Wojtek też słyszał. — Ja nie jadę.
— Co ty mówisz?! — krzyknęła.
— Nie wyjdę za niego.
Wojtek zrobił krok do przodu.
— Zwariowałaś?
— Nie. — Złapałam oddech. — Ja dopiero teraz zaczynam być przytomna.
Mama w telefonie płakała i krzyczała jednocześnie.
— Wstyd mi będzie! Co ja powiem ciotce? Co powie ksiądz? Kasia, ty mi to robisz?!
— Mamo… a kto mi powie, że to, co on robi, jest w porządku?
Wojtek zacisnął szczękę.
— Słuchaj, Kasia. Nie rób z siebie ofiary. Ania zostaje. A ty jak chcesz, to się dostosuj. Koniec tematu.
Odłożyłam telefon na półkę w przedpokoju. Powoli. Jakby to była bomba.
— Masz pięć minut — powiedziałam. — Ty i ona. Albo dzwonię na policję.
Wojtek roześmiał się.
— Za co? Że przyszedłem do własnego mieszkania?
— Za to, że nie masz prawa robić ze mnie śmietnika, do którego wrzucasz swoje decyzje.
Poszłam do sypialni. Ania stała przy mojej szafie, trzymała w ręku mój sweter.
— Odłóż — powiedziałam.
— Wojtek mówił, że… — zaczęła.
— Wojtek mówił wiele rzeczy. — Wskazałam drzwi. — Wyjdź.
Jej twarz stężała.
— Nie musisz być niemiła.
— A ty nie musisz być tutaj.
Wojtek wpadł za mną.
— Kasia, uspokój się.
— Nie będę się uspokajać w dniu, w którym mnie upokarzasz — powiedziałam. — Wyjdźcie. Teraz.
Przez chwilę myślałam, że mnie uderzy. Zamiast tego splunął słowami.
— Zostaniesz sama. I dobrze. Zobaczysz, jak ci będzie bez mnie.
— Wolę sama niż z kimś, kto stawia mnie pod ścianą — odpowiedziałam.
Ania wzięła walizkę. Wojtek chwycił drugą. Wyszli. Na klatce schodowej Wojtek odwrócił się jeszcze raz.
— Nie dzwoń potem. Nie błagaj.
— Nie będę — powiedziałam.
Zamknęłam drzwi. Oparłam się o nie plecami. Biała sukienka szurała po podłodze. Nagle była tylko materiałem. Nie obietnicą.
Po chwili znów zadzwonił telefon. Mama. Nie odebrałam.
Usiadłam na podłodze w przedpokoju. Zaczęłam odpinać guziki sukienki jeden po drugim. Ręce mi drżały, ale każdy guzik był jak odzyskany oddech.
I pomyślałam: jak to możliwe, że w Polsce wciąż bardziej boimy się „co ludzie powiedzą” niż tego, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami?
Może mi powiecie… kiedy kończy się obowiązek wobec rodziny, a zaczyna obowiązek wobec siebie? Ile razy można udawać, że nic się nie stało, zanim człowiek zniknie całkiem?