Noc w San Julián: Ostatnia modlitwa Yaretsi
– Nie patrz, Itzel. Proszę, nie patrz… – szeptałam, czując jak moje serce wali w piersi jak oszalałe, gdy ciężkie kroki Sebastiana rozbrzmiewały w wąskim korytarzu. Moja córka, dziesięcioletnia, ściskała moją dłoń tak mocno, że aż bolało, ale nie odważyła się nawet drgnąć. W tej hacjendzie, w tej przeklętej białej fortecy, każda noc była wyrokiem. Każda noc była nowym piekłem.
Słyszałam, jak Sitlali, moja przyjaciółka w niedoli, szepcze do swojej córki Shochitl po cichu, po swojemu, jakby modlitwa mogła nas ochronić. Isel tuliła Amara, najmłodszą z nas wszystkich, a jej oczy były puste, jakby dusza już dawno ją opuściła. Sześć córek, trzy matki, jeden potwór. I żadnej nadziei.
Sebastian wszedł do pokoju, zamknął drzwi na zasuwę. Jego wzrok przesuwał się po nas, jakby wybierał mięso na targu. – Dzisiaj… – zaczął, a ja już wiedziałam, że to będzie moja kolej. Czułam to w kościach, w drżeniu powietrza, w spojrzeniu Itzel, która próbowała nie płakać. – Rozbierz się, Yaretsi – rozkazał, a ja wykonałam polecenie, bo każda odmowa kończyła się bólem, którego nie da się opisać słowami.
Nie wiem, jak długo to trwało. Wiem tylko, że kiedy skończył, zostawił mnie na podłodze, a Itzel patrzyła w sufit, licząc pęknięcia w tynku, jak ją nauczyłam. – Nie płacz, córeczko. Jeszcze trochę, jeszcze tylko trochę… – powtarzałam w myślach, choć sama nie wierzyłam w te słowa.
Po wszystkim, kiedy Sebastian wyszedł, a my zostałyśmy same, Sitlali podeszła do mnie i położyła mi dłoń na ramieniu. – On patrzył dziś na Itzel… tak, jak patrzył na mnie, zanim… – urwała, bo nie trzeba było kończyć. Wiedziałyśmy. Nasze córki dorastały. Nasz czas się kończył.
– Nie możemy pozwolić, żeby to się powtórzyło – powiedziałam cicho, z taką stanowczością, że sama się przestraszyłam własnego głosu. – Musimy coś zrobić. Musimy go powstrzymać.
Isel spojrzała na mnie z przerażeniem. – Ucieczka? To szaleństwo. Złapią nas, zabiją, a nasze córki zostaną tu na zawsze.
– Nie ucieczka – odpowiedziałam. – Zemsta. Koniec. On musi umrzeć.
Zapadła cisza, ciężka jak ołów. W końcu Sitlali skinęła głową. – Moja matka znała się na ziołach. W ogrodzie rośnie toloache. Można go użyć, żeby go osłabić. Ale musimy być ostrożne.
Przez kolejne tygodnie planowałyśmy każdy szczegół. Sitlali zbierała nasiona, suszyła je w ukryciu. Ja „zgubiłam” kuchenny nóż. Isel splatała mocną linę z prześcieradeł. Wszystko musiało być idealne. Nie mogłyśmy zawieść. Nie mogłyśmy pozwolić, by nasze córki podzieliły nasz los.
Nadszedł dzień. 31 października 1798 roku. Sebastian wrócił z miasta, pijany bardziej niż zwykle. Siedział w jadalni, popijając wino, do którego Sitlali wsypała proszek. Patrzyłam na niego zza drzwi, czując, jak narasta we mnie wściekłość. Ile razy błagałam go o litość? Ile razy patrzyłam, jak moje dziecko patrzy na mnie, gdy on mnie gwałcił?
Wieczorem, kiedy wszedł do naszej celi, był już słabszy. Zataczał się, próbując zachować godność. – Coście mi zrobiły? – bełkotał, ale już nie był groźny. Już nie był bogiem. Był tylko człowiekiem. Słabym, żałosnym człowiekiem.
– To, co powinnyśmy zrobić dawno temu – powiedziała Sitlali, a jej głos był jak stal.
Isel i Sitlali rzuciły się na niego, powaliły na łóżko. Ja chwyciłam nóż. – Dziewczynki, do ściany. Nie patrzcie. Zakryjcie uszy – rozkazałam, a Itzel odwróciła się pierwsza, prowadząc resztę. Słyszałam ich ciche szlochy, ale nie mogłam się zawahać.
Sebastian szarpał się, ale był zbyt słaby. Sitlali i Isel trzymały go mocno. Spojrzałam mu w oczy. – Jedenaście lat. Jedenaście lat piekła. Za Itzel, za Jimenę, za Nayeli. Za Shochitl, Tlali, Amarę. Za wszystkie nasze łzy.
Uniosłam nóż. Sebastian jęknął: – Litości…
Zaśmiałam się, gorzko, bez cienia radości. – Litości? Ty nie wiesz, co to litość.
Zamachnęłam się i przecięłam. Krew trysnęła, Sebastian wył, ale Sitlali zatkała mu usta szmatą. Cięłam dalej, aż nie miał już czym nas krzywdzić. Kiedy skończyłam, upuściłam to, co zostało z jego męskości, na podłogę. Patrzyłam, jak umiera, jak z jego oczu znika życie. Nie czułam ulgi. Czułam pustkę.
Czekałyśmy, aż przestanie się ruszać. Dwadzieścia minut. Dwadzieścia minut, które trwały wieczność. Kiedy w końcu zamilkł, odwróciłam się do dziewczynek. – Już możecie się odwrócić.
Itzel spojrzała na mnie. – Mamo, on już nie wróci?
– Nie, kochanie. Już nigdy.
Uśmiechnęła się. Mały, nieśmiały uśmiech. Wtedy wiedziałam, że było warto.
Wiedziałyśmy, że nasza śmierć jest bliska. Kiedy odkryją ciało, będą chcieli nas ukarać. Ale tej nocy, po raz pierwszy od lat, nasze córki spały spokojnie. My nie spałyśmy. Siedziałyśmy razem, trzymając się za ręce, czekając na świt.
Przed świtem wyszłam na podwórze. Spojrzałam w niebo, gdzie gasły ostatnie gwiazdy. – Dziękuję, że dałeś mi siłę. Dziękuję, że pozwoliłeś mi ocalić moje dziecko – wyszeptałam do bogów moich przodków.
Czy można odzyskać duszę, gdy przez lata była deptana? Czy zemsta jest grzechem, jeśli jest jedyną drogą do wolności? Co wy byście zrobili na moim miejscu?